Zyskowny świat rankingów

Upraszczanie życia zaczyna być przerażające. Szkoły uczą głównie tego jak rozwiązywać testy, bo dzięki nim nauczyciele mogą jako tako porównywać (raczej słabiej niż lepiej) swoje wyniki nauczania. A ostatnio żeby zarobić na oszczędzaniu ludziom „trudów” samodzielnego myślenia zaczyna tworzyć się rankingi z każdej możliwej dziedziny. W efekcie na siłę porównuje się już wszystko za co klienci mogą zapłacić – ale niską jakość takich porównań zauważa niewielu. Grunt, że można podać publicznie „jakiś wynik”, a klient będzie dzięki temu zwolniony z krytycznie podejmowanego samodzielnego wyboru.

Coraz częściej zadaję sobie pytanie czy coraz modniejsze rankingi szkół wyższych mają jakąkolwiek wartość? I na szczęście nie jestem odosobniony w swoim przekonaniu, że najwyższy czas zacząć publicznie o tym dyskutować. Jak to określił w swoim felietonie profesor Bogusław Śliwerski próbuje się „porównać ze sobą instytucje nieporównywalne.”
Twórcy wszelkiej maści rankingów, w tym edukacyjnych dwoją się i troją w swoich wysiłkach. Ale efekt ich „pracy” przypomina „porównywanie Dawida z Goliatem, myszy ze słoniem, starca z nastolatkiem, książki z brukowcem, piękna z kiczem”.



Jaki jest skutek tych działań? W jednym z takich rankingów, jak zauważył profesor Śliwerski, na zaszczytnych wysokich miejscach znalazły się „wyższe szkoły prywatne, które jakiś czas temu słynęły z przewodzenia w łamaniu prawa, z czarnego biznesu lub których kadry uciekają na Słowację, bo w kraju nie są w stanie przeprowadzić postępowania awansowego.”

Czy rankingi mają jakikolwiek wpływ na świat, który nieudolnie próbują opisać? Na uczelnie na pewno nie, bo „im uczelnia jest starsza, większa, bogatsza, tym lepiej wypada w rankingu. Od miejsca w tym festiwalu próżności nie zmienia się ani sposób finansowania uczelni z budżetu, ani też nie wzrasta jej wartość rynkowa. Ten rodzaj zabawy danymi jest jak letni konkurs na miss mokrego podkoszulka.”

Wątpliwe są też często “parametry”, na podstawie których sporządza się rankingi. Kilka lat temu Berliński Uniwersytet Humboldtów spadł w ciągu roku o kilkaset pozycji w prestiżowym międzynarodowego rankingu. Co było tego przyczyną? Drastyczny spadek poziomu nauczania? Masowe bezrobocie absolwentów? Fatalny poziom dydaktyczny? Nic z tych rzeczy. Okazało się, że zmieniła się metodologia rankingu i Albert Einstein (jeden z najbardziej cytowanych naukowców w historii) został ‘przypisany’ do innej uczelni, w związku z czym berliński uniwersytet stracił ogromną część punktów za “cytowalność”. Ten absurd pokazuje, jak bardzo naiwna wiara w “rankingi” potrafi przysłonić prawdziwy obraz edukacji.

Mam również wrażenie, że zarówno potencjalni studenci jak i ich rodzice przestali się sugerować tego rodzaju rankingami i zrozumieli, że nie niosą one żadnych wartościowych informacji. Tego typu komercyjne rankingi są tworzone po to, aby można było coś sprzedać: reklamę w powiązanym czasopiśmie, “nagrodę” za “wybitne osiągnięcia” (gdzie kryterium jej przyznania jest zakup pakietu reklamowego) itd.

Jak słusznie zauważa profesor Śliwerski „znacznie ciekawsze mogłoby być porównanie nie tyle uczelni, co prowadzonych tam kierunków studiów. Tu jednak rankingi wykazują się ignorancją. Spójrzmy na przykładowy ranking „pedagogiki", którą - nie wiedzieć dlaczego - połączoną z kategorią „edukacja". Rzecz w tym, że różne rodzaje edukacji np. informatyczna, techniczna, przyrodnicza czy artystyczna niewiele mają wspólnego z pedagogiką, gdyż jako kierunki kształcenia odpowiadają za kształcenie zawodowe. Trudno zatem, by na jakiejkolwiek uczelni technicznej prowadzono badania naukowe w zakresie pedagogiki, a na uniwersyteckim wydziale pedagogicznym prowadzono kształcenie w zakresie edukacji technicznej.”

I w tym miejscu zgadzam się z prof. Śliwerskim. Dla studentów i absolwentów najważniejsze są elementy, które większość rankingów traktuje po macoszemu: renoma konkretnych kierunków w oczach powiązanych z nim instytucji (naukowych i zawodowych, pracodawców i instytucji, które absolwentów zatrudniają) oraz poczucie studenta, że studia, które odbywa mają sens i dużo mu dają. To jednak ciężko zmierzyć w prostych kategoriach, tak więc zazwyczaj jest pomijane. Ze szkodą dla szkolnictwa, studentów i absolwentów.

---
Profesor dr hab. Marek Konopczyński
 Rektor Wyższej Szkoły Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie
Trwa ładowanie komentarzy...