Docenci - szalbierze czyli kilka słów o (nie)uczciwości w nauce

Przyzwyczailiśmy się już do funkcjonowania w polskim społeczeństwie różnego rodzaju naciągaczy i oszustów. Na ogół uważamy, że opanowaną przez nich dziedziną działalności jest biznes, handel, usługi, czasami delikatna sfera matrymonialna, rzadziej sfera polityki, kultury czy oświaty. Do tej pory środowiska akademickie wydawały się „czyste” w tym zakresie z wyjątkiem sporadycznych przypadków wynaturzeń, z którymi korporacja akademicka na ogół radziła sobie sama. Wystarczy przypomnieć niedawną sytuację z doktoratem prezesa BCC. Bardzo rzadko w sferę akademicką wkraczał prokurator, a jeśli już to media szeroko informowały społeczeństwo o zaistniałym zdarzeniu. Nigdy jednak w tym środowisku nie istniał trwały proceder rzucający na niego wyraźny cień i powodujący frustrację większości społeczności akademickiej.

Działalność naukowa przez lata stawiana była za wzór etyki zawodowej, poświęcenia i pasji, swoistej misji poszukiwania odkryć naukowych i zdrowego sposobu uzyskiwania należnych przywilejów akademickich związanych z samorozwojem badawczo-naukowym. Do niedawna, gdyż dzięki decyzji pewnego państwowego centralnego organu od 2005 roku mamy w Polsce rozwój procederu, który nie ma nic wspólnego nie tylko z działalnością naukową ale również z naukowymi awansami.



Do napisania niniejszego tekstu sprowokował mnieartykuł opublikowany we „Wprost” nr 32/9 z sierpnia 2015 roku autorstwa Artura Grabka i Cezarego Bielakowskiego, zatytułowany „Naukowe szalbierstwo”, oraz regularnie czytane przeze mnie (podobnie jak przez wielu przedstawicieli nauk społecznych) informacje zamieszczane na blogu prof. Bogusława Śliwerskiego, który od lat niezłomnie piętnuje wszelkie przejawy patologii i wynaturzeń w polskiej sferze naukowej i akademickiej.

Zarówno „Wprost” jak i prof. Śliwerski opisują proceder uzyskiwania dyplomów naukowych na Słowacji przez niektórych przedstawicieli środowiska akademickiego z naszego kraju. Padają liczne przykłady i nazwiska potwierdzające ten fakt, a także nazwy i siedziby uczelni zarówno zatrudniające „lewych” docentów jak i ich promujących. Zdumiewające jest to, że, że są w tym gronie liczni reprezentanci kościoła katolickiego, lekarze, pedagodzy, filozofowie, socjolodzy, ekonomiści i przedstawiciele innych środowisk związanych z polską edukacją wyższą a więc reprezentanci środowisk cieszących się najwyższym współczynnikiem zaufania społecznego.

Przyglądając się bliżej problemowi można dojść do wniosku, że mamy do czynienia z uprawomocnionym i zalegalizowanym w Polsce procederem szalbierstwa naukowego, dodajmy procederem od 10 lat znanym osobom odpowiedzialnym za ten sektor, które nie zrobiły dosłownie nic aby nie tylko zmienić ten stan rzeczy ale chociaż zminimalizować jego negatywne merytorycznie i społeczne skutki.

Na pewno nie można powiedzieć, że polską naukę trawi rak szalbierstwa. Co najwyżej ulega ona chorobie cwaniactwa wypromowanego przez grupę kilkuset osób, które z sobie tylko znanych powodów nie chciały i nie chcą poddać się fachowej ocenie własnego środowiska naukowego. Mamy więc coraz więcej "naukowców" używających stopnia doktora habilitowanego, choć merytorycznie, a jak niektórzy prawnicy twierdzą, nawet formalnie nie mają do tego prawa, nie mówiąc już o stronie moralno-etycznej całej sprawy. A zdobyli go tylko dlatego, że znaleźli przy pomocy ministerstwa sposób, żeby bez niezbędnej i oczekiwanej wiedzy, kompetencji merytorycznych oraz dorobku naukowego osiągnąć sukces zawodowy- pewny i trwały etat w uczelni -poprzez tzw. akademickie usamodzielnienie. Jak to jest możliwe?

Proceder jest stosunkowo prosty. Trzeba zebrać kilka tysięcy euro i pojechać na krótką wycieczkę na Słowację. Tam przy wparciu tych którzy uzyskali nieco wcześniej „upragnione dobro”, ustawić się w kolejce po tzw. „docenturę słowacką”. Oczekiwanie zresztą nie jest długie – od kilku tygodni do kilku miesięcy. Jak w PRL-u w kolejce po upragnioną pralkę czy lodówkę. Znamy przypadki osób, które już rok czy dwa lata po uzyskaniu doktoratu w Polsce zostawały słowackimi docentami a nawet profesorami. Rekordziści potrafili w ciągu kilku miesięcy zrobić na Słowacji magisterium, doktorat i docenturę i ustawić się w kolejce po profesurę, stając się w świetle polskiego prawa pełnoprawnymi samodzielnymi pracownikami w polskich uczelniach. Na ogół jednak na Słowację wyjeżdżały i wyjeżdżają osoby, którym albo z powodu miernego poziomu naukowego nie powiódł się awans naukowy w naszym kraju (oblały kolokwium habilitacyjne) albo te które wiedząc, że z powodu braku dorobku naukowego nie spełniają polskich kryteriów jakościowych, chcą „po cwaniacku” zrobić karierę akademicką.

Podczas wyjazdu „naukowego” na Słowację nie trzeba znać języka słowackiego, gdyż nie jest to wymagane i do niczego nie potrzebne. Większość osób oceniających i nadających docentury ze strony słowackiej też nie zna polskiego. Trzeba tylko mówić pewnie i potoczyście i sprawiać wrażenie, że się wie o czym się mówi. To wystarczy, gdyż słowaccy uczeni nie znając polskiego, kierują się tym kryterium w trakcie głosowania nad przyznaniem stopnia docenta, co zresztą samokrytycznie w rozmowach prywatnych przyznają. No cóż, Pecunia non olet...

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, iż w Polsce aby nadać stopień doktora lub doktora habilitowanego uczelnia musi zatrudniać na pierwszym etacie odpowiednio co najmniej - 8 doktorów habilitowanych w przypadku doktoratów i co najmniej 12 doktorów habilitowanych i profesorów w przypadku habilitacji. Na Słowacji wystarczy w uczelni zatrudniać jednego docenta aby nadawać „stopień docenta”, który polskie władze ministerialne traktują jako równoważny polskiej habilitacji. Ciekawe również jest to, że sami Słowacy własnej docentury dydaktyczno-naukowej nie traktują u siebie jako stopnia naukowego (równoważnego habilitacji) a jedynie jako uprawnienie wykładania określonego przedmiotu.

Tutaj warto przypomnieć, że na Słowacji istnieje habilitacja, równoważna polskiej którą przyznaje Słowacka Akademia Nauk , ale do tej pory żaden z polskich „turystów naukowych” nie skorzystał z tej oferty. Nie skorzystał bo i kryteria są poważne (podobne do polskich) i poziom wysoki. Lepiej więc postarać się o tzw. docenturę, którą i tak Polska uzna za habilitację. Habilitacja zrealizowana w polskich uczelniach dotyczy dziedziny i dyscypliny naukowej a przez to jest potwierdzeniem „umocowania” w nauce i wymaga znacznego nakładu pracy. Aby ją osiągnąć trzeba posiadać bogaty i znaczący dorobek naukowy w postaci kilku książek, kilkudziesięciu rozpraw i artykułów. Trzeba być aktywnym badaczem- empirykiem, lub znakomitym teoretykiem i występować z referatami na licznych konferencjach naukowych w kraju i za granicą. Trzeba być rozpoznawalny przez środowisko naukowe i mieć jego uznanie.

Na Słowację wystarczy zawieść pieniądze i mieć znajomości wśród osób, które wcześniej ten „sukces” osiągnęły, co nie jest już w tej chwili takie trudne, zważywszy, że takich osób jest w Polsce już około dwustu.

Niektórym przedstawicielom polskiego środowiska naukowego, sprawa docentur słowackich wpisanych do ministerialnego rozporządzenia w 2005 roku, nieodparcie kojarzy się ze słynną przed laty aferą polityczno-kryminalną, istniejącą w świadomości społecznej pod hasłem „ lub czasopisma”…

Warto również wiedzieć, że pomimo trwających 10 lat stanowczych protestów środowisk akademickich w Polsce, Komitetów Naukowych PAN, Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów i wielu innych gremiów skupiających polskich naukowców, nic w tej sprawie nie zrobiono doprowadzając systemowego psucia polskiej nauki.

Przypadek, zła wola, nieświadomość skutków decyzji? A może po prostu zwykły brak kompetencji przy podejmowaniu decyzji urzędniczych i politycznych w sferze nauki?
Proszę pomyśleć co stałoby się, gdyby w jakiejkolwiek szkole, wykryto, że nauczyciel uczy dzieci mimo, że jego dyplom dotyczy innej dziedziny niż ta w której pracuje, albo w jakimś szpitalu pracuje lekarz pomimo, że nie jest z wykształcenia lekarzem? Łatwo przewidzieć skutki. Politycy słaliby gromy mówiąc o skandalu, media koczowałyby przed budynkiem szkoły czy szpitala...

Ale jakoś nikogo nie bulwersuje fakt, że podobna sytuacja ma miejsce na wielu uczelniach zarówno państwowych jak i prywatnych w naszym kraju. Docenci ze słowackimi dyplomami z zakresu pracy socjalnej dyplomują pedagogów, socjologów a nawet lekarzy! Docenci Inżynierowie z zakresu metodyki nauczania dyplomują przyszłych inżynierów, księża –docenci z zakresu katechetyki lub nauczania religii dyplomują pedagogów i nauczycieli przedmiotowych. Wszyscy wcześniej lub później zostają promotorami i recenzentami prac doktorskich i habilitacyjnych w dyscyplinach z którymi nie mają nic wspólnego, kontynuując naukową fikcję i naukowe szalbierstwo. Znanym faktem, jest to, że osoby ze słowackimi docenturami przyciągają się nawzajem, tworząc określone, wspierające się lobby, promując i zatrudniając innych z takim samym jak oni cenzusem. A to, że świadomie blokują przy okazji kandydatów z polskimi stopniami naukowymi nie jest warte wspomnienia. Mamy przecież wolny rynek edukacyjny…. Powszechnie znane są „lipne” konkursy na stanowiska adiunktów czy profesorów nadzwyczajnych w niektórych uczelniach państwowych zatrudniających „słowackich docentów”, gdzie już z góry wiadomo kto ma zająć to miejsce…

Jak wyliczył na swoim blogu profesor Bogdan Śliwerski aby zdobyć docenturę naukowo-dydaktyczną na Słowację z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego wyjechało 19 osób, z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach 13, z Uniwersytetu Rzeszowskiego 8, Papieskiej Akademii Teologicznej oraz Uniwersytetu Śląskiego - po 6, Uniwersytetu Opolskiego - 5, Uniwersytetu Szczecińskiego; UKSW w Warszawie; Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie i Politechniki Częstochowskiej - po 4. Natomiast z Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach; Uniwersytetu Gdańskiego; AWF w Krakowie; Uniwersytetu Łódzkiego; Uniwersytetu Zielonogórskiego; Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy; Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, Politechniki Radomskiej; Politechniki Opolskiej; Politechniki Rzeszowskiej i Akademii Techniczno-Humanistyczna w Bielsku-Białej po 3.

Trzeba podkreślić, że to nie jest cała lista hańby nauki polskiej jak określono to we „Wprost”, ale tylko jej część. Trudno zliczyć ilu mamy „lewych” doktorów habilitowanych. Z drobiazgowego śledztwa profesora Bogusława Śliwerskiego –Przewodniczącego Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk - wynika, że liderem w tego typu "kształcenia" na Słowacji jest: Katolicki Uniwersytet w Rużomberku. Tam docentury zdobyło 94 "naukowców" z polski. Drugie miejsce zajmuje Uniwersytet Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy, który zapewnił "habilitacje" 35 osobom z polski, a na trzeciej pozycji jest Uniwersytet Preszowski - 31 osób.

Teoretycznie takie oszustwa naukowe, bo inaczej tego procederu nie można nazwać, powinni wykrywać rektorzy i dziekani. Ale oni też nie wydają sie być zainteresowani, bo... są po Rużomberku lub innych słowackich uczelniach. Podobnie, jak jeden z członków Polskiej Komisji Akredytacyjnej (notabene ksiądz katolicki opisany we „Wprost”), a więc instytucji powołanej do kontrolowania polskich uczelni pod kątem jakości kształcenia. Osoba ta, mówiąc delikatnie, mija się z prawdą, twierdząc że jest doktorem habilitowanym socjologii, choć w Rużomberku nigdy nie nadawano docentury z tej dyscypliny, a jedynie z pracy socjalnej. Ostatnio ta osoba otworzyła już przewód na tytuł profesora - oczywiście na Słowacji.

Ale widocznie dla członka PKA nie stanowi to żadnej różnicy. I to na „s” i to na „s”. Notabene, w Polsce praca socjalna formalnie i merytorycznie nie ma statusu dyscypliny naukowej (podobnie jak na Słowacji- i stąd dyplom docenta dydaktycznego) a jedynie dziedziny praktycznej i dlatego nie można z jej zakresu robić stopni naukowych.

Nie twierdzę, że wszystkie osoby ze „słowackimi docenturami” to szalbierze. Zapewne są wśród nich również osoby, które pojechały na Słowację w dobrej wierze, ufając innym, którzy ich do tego namówili. Osoby te, znalazły się jednak w grupie wobec której istnieje uzasadnione podejrzenie naukowego oszustwa i która nie posiada zaufania polskiego środowiska naukowego. Jeśli takie osoby, posiadają dorobek merytoryczny i są świadome swojej sytuacji środowiskowej, powinny potwierdzić swoją pozycję akademicką poprzez zdobycie habilitacji w Polsce. Istnieje przecież realna szansa, że mogą odnieść w tej mierze sukces, zamykając w ten sposób wstydliwy rozdział swojego naukowego życia.

Podsumowując garść refleksji, mamy do czynienia ze skandalem i szalbierstwem naukowym, ale jak się wydaje poza grupą naukowców i kilku dziennikarzy nikt nie jest zainteresowany żeby sytuację uzdrowić. Dlaczego? Może za mała skala problemu? Może naruszyłoby to czyjś korporacyjny interes? Może wstyd się niektórym przyznać do niekompetencji i zaniechań? A może mają rację ci którzy mówią, że jeśli nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o pieniądze i przypominają wspomnianą przeze mnie wcześniej aferę „lub czasopisma”.

Mamy niewątpliwie również do czynienia ze zjawiskiem podwójnej erozji. Etyczno-moralnej zdecydowanej większości osób uczestniczących w procederze zdobywania „lewych” dyplomów słowackich oraz erozji legislacyjnej. O ile tą pierwszą łatwo wytłumaczyć ubocznym skutkiem tzw. wolnego rynku edukacyjnego, oraz schedą po poprzednim ustroju (tzw. „docenci marcowi”, czy radzieccy) to erozję legislacyjną wytłumaczyć trudniej. Przecież politycy zapewniają nas, że żyjemy w państwie prawa i nieustannie podnosimy dzięki ich aktywności standardy społeczne i zawodowe. Zdaniem rządzących zmierzamy w kierunku podnoszenia jakości polskiej nauki, a realizowane rozwiązania legislacyjne jednoznacznie wzmacniają tylko ten potencjał.

Niestety przykład „dyplomów słowackich” jakoś nie chce być kompatybilny z prezentowaną doktryną. Ktoś kiedyś powiedział, że „jeśli większość uważa inaczej tym gorzej dla większości”. Ale podobno zdanie to padło z ust satrapy - przywódcy systemu totalitarnego, a my mamy w Polsce system demokratyczny…

Tak czy inaczej z powodu czyichś błędów, ignorancji lub indolencji a może również złej woli, tracimy wszyscy, bo ludzie z pasją i wiedzą chcący zdobyć stopień lub tytuł naukowy rzetelnie i uczciwie pracujący latami niestety muszą w tej chwili ustępować miejsca pracy "naukowcom" ze Słowacji. Cóż więc zostaje uczciwym doktorom? Jeśli mozolna praca nad własnym rozwojem nie jest premiowana a cwaniactwo tak, to chyba tylko wyjazd do pracy w uniwersytetach w innych krajach europejskich albo diametralna zmiana zainteresowań i podjęcie pracy w innej dziedzinie.

I tak nauka polska traci kolejną szansę rozwoju. Jak się łatwo domyśleć zapewne nie po raz ostatni…


---
Profesor dr hab. Marek Konopczyński
 Rektor Wyższej Szkoły Nauk Społecznych PEDAGOGIUM w Warszawie
Trwa ładowanie komentarzy...